Rozdział 21 (część 103): „Nigdy Cię nie zapomnę”

Kochani,
Najmocniej przepraszam za kolejne opóźnienie… Ale jak widzicie powoli wchodzę w rytm i opanowuję swój nowy, japoński grafik – moje opóźnienia są coraz mniejsze!
Kolejna część pojawi się w niedzielę i ten dzień wyznaczam na pojawienie się nowych postów.
Przez pewien czas długość kolejnych części będzie taka jak ta i poprzednia. Chcę najpierw ułożyć sobie wszystko w życiu realnym i rozplanować grafik tak, bym nie musiała robić „coś kosztem czegoś”. Gdy dojdę do wprawy i wszystko się uspokoi wrócę do poprzedniej długości części.
Mam nadzieję, że mi wybaczycie!
Jeśli zaś chodzi o Stilesa… Nie ma on nic wspólnego z Teen Wolf (nawet imię pisze się inaczej). Stilles z Teen Wolf ma bardzo wysokie IQ, a Stiles z Werewolf Full Moon jest bardziej wzorowany na poczciwym, dobrodusznym Kudłatym ze Scooby Doo. Przynajmniej o nim myślałam, tworząc tę postać.
Ściskam Was bardzo serdecznie i – proszę – trzymajcie za mnie kciuki!
___________________________________________________

Żadnemu ze śmiałków, żadna część ciała nie odmarzła jednakże gdy zapał ostygł, a dobra zabawa w jeziorze powoli stawała się już tylko wspomnieniem, temperatura ciała zaczęła coraz bardziej spadać i wszyscy trzej szczękali z zimna. McGrove jako pierwszy otulił się ciasno ramionami i rozglądając się dyskretnie pocierał dłońmi klatkę piersiową. Watts z początku mówił bez przerwy, niczym nakręcony tylko jego usta z bladoróżowych powoli stawały się sine. Po Wolfie nie było widać niczego i dopiero po dłuższej chwili dotarło do Javiera, że Nicolas udaje zziębniętego do cna, podczas gdy w rzeczywistości całkiem nieźle się bawił obserwując pozostałych dwóch towarzyszy.
- Wódka – powtórzył Wayne, wsiadając na tylne siedzenie Land Rovera.
- Cała butelka – dodał Nicolas. Całkiem świadomie podkręcał atmosferę.
Solano pokręcił głową i wsiadając za kierownicę, odpowiedział:
- Po jednym shoocie i porządny obiad. Upicie się zadziała w drugą stronę.
Jego wypowiedź została skwitowana stłumionymi chichotem zainteresowanych alkoholem panów. Javier po raz kolejny wywrócił oczyma i przekręcił kluczyk w stacyjce. Przez chwilę miał ochotę udawać, że zapomniał o ogrzewaniu, ale ruszając powoli leśną ścieżką uznał, że wystarczy trzech głupich na całą ekipę. Przekręcił włącznik znad kierownicy wydobyło się przyjemnie ciepłe powietrze.
- Ja bym włączyła klimatyzację – mruknęła Alejandra, mrożąc wzrokiem we wstecznym lusterku niczego nieświadomego brata.
- Wiem. Myślałem nad tym – odpowiedział cicho Javier, zwalniając przy wjeździe na asfaltową ulicę.
Zatrzymali się dużo bliżej starej części Mydale niż poprzednio. Pomimo chęci sprowadzenia na ziemię trzech żartownisiów, Javier bał się, że któryś z nich nabawi się zapalenia płuc. Nickowi to nie groziło, Watts też był silny, ale Solano najbardziej martwił się o Stilesa. McGrove poczuł się wreszcie częścią dużej, męskiej grupy i rozsądek ustąpił miejsca zbyt dużo odwadze.
Wchodząc do lokalu, Javier od razu podszedł do jednego z kelnerów i poprosił o złączenie stołów dla ośmiu osób i podanie sześciu kieliszków wódki. Chłopak bez zmrużenia oka przyjął zamówienie i wskazując gestem miejsce na antresoli, zawołał jednego z kolegów. Razem złączyli dwa duże stoły, robiąc wystarczająca dużo miejsca dla ośmiu osób.
- Mam ochotę na dużą hawajską i coś z kurczakiem – odezwała się z zadowoleniem Nick. Przyjął płaszcz od Bradley, po czym odwiesiwszy go na pobliski wieszak rozciągnął się niespiesznie.
- Pewnie, a może jeszcze coś z szybką parmeńską – dociął złośliwie Wayne, nie zdając sobie sprawy, że Nicolas jest naprawdę głodny.
- Nie dzisiaj – odpowiedział po namyśle, zbyt pochłonięty uśmiechaniem się do Bradley by dosłyszeć sarkazm w głosie Wattsa.
- Zamówmy coś – zawołała Rose rozsiadając się wygodnie między Javierem a Stilesem.
- Razem czy każdy oddzielnie?
- Picie w dzbanku czy każdy osobno?
- W dzbanku wygodniej!
- Ale ja chcę piwo!
Javier przyglądał się całemu zamieszaniu z pewnego rodzaju tkliwością. Przy jednym stole siedziały dwie najbliższe mu grupy osób z dwóch krańców Ameryki. Przed przyjazdem nowojorczyków bał się, że doprowadzając do wspólnego spotkania wprowadzi stan pewnego rodzaju dystansu, odrętwienia. Tymczasem nikt nie udawał nikogo kim nie jest, nikt nie czuł się odepchnięty ani stłamszony. Nikt poza Emmą, która nienaturalnie wyprostowana przeglądała menu. Patrzył na nią o sekundę za długo. Dziewczyna uniosła wzrok znad karty i ich oczy się spotkały. Wzruszył ramionami, chcąc by nie odebrała tego nieszczęśliwego zgrania w czasie opacznie, jednak ona w dalszym ciągu nie odwracała twarzy. Nie wytrzymawszy napięcia spojrzał w bok i niemal podskoczył, napotykając czarne źrenice ukochanej. Uśmiechnął się niepewnie do ukochanej u uścisnął jej dłoń spoczywającą na oparciu krzesła. Nie cofnęła dłoni, ale też nie odwzajemniła czułości.
Nie zamierzał o prywatnych sprawach dyskutować w publicznym miejscu w towarzystwie przyjaciół. Po raz ostatni ścisnął mocniej jej dłoń, po czym wziął ze stołu kartę dań.
- Proponuję żeby każdy wybrał jedzenie i picie wedle własnego gustu, ewentualnie żebyśmy dogadali się między sobą. Ja stawiam i jestem świadomy tego co mówię – odezwał się Solano. Wypowiadając ostatnie zdanie, spojrzał znacząco na Nicolasa. Chłopak klasnął w dłonie i spuścił wzrok na menu.
- W takim razie nie będę się zbyt długo zastanawiać! Na przystawkę poproszę rollsy i pitę, a na danie główne jedną pizzę dużą z salami, na puszystym cieście oczywiście, oraz spagetthi z krewetkami… No co? – zapytał, opuszczając raptownie kartę. – Lubię jeść, nie wyglądam źle, mogę szaleć… tak?!
- Oczywiście, a skoro tak… – poparł go gorąco Javier. Pospiesznie zajrzał do karty, nim jednak zdążył zmienić zamówienie blondyn wyrwał mu kartę z ręki.
- Tobie, szwagier, to ja wybiorę jedzenie – odpowiedział szybko na nieme pytanie Solano. Javier opadł na krzesło i poprawiwszy okulary, przywołał wzrokiem kelnera.
- Zjesz ode mnie – szepnęła cicho Alejandra. Spojrzał na nią zdumiony, ale nie śmiał nie przyjąć wyciągniętej na zgodę ręki.
- Dziękuję. Jesteś wspaniała.
- Wiem – odpowiedziała lakonicznie, po czym przedyktowała swoje zamówienie. Javier uśmiechał się coraz szerzej, widząc rosnące zdumienie na twarzy zebranych.
- Ty będziesz musiał w przyszłości świetnie zarabiać – odezwał się Watts, robiąc miejsce kelnerowi, który postawił na stole zamówiony alkohol. – Jak ty to robisz, dziewczyno, że jesz prawdopodobnie trzy razy tyle co ja, a wyglądasz lepiej niż wszystkie modelki razem wzięte? Nie to żebym ci wypominał…
- Rozumiem. Nie jesteś pierwszym, którego to tak dziwi – odpowiedziała łagodnie. Spojrzała na brata, uśmiechając się szelmowsko. – Geny. Oboje mamy świetną przemianę materii, poza tym rodzice od dziecka przymuszali nas do dużej aktywności fizycznej.
- Widać – odezwał się Stiles, ośmielony towarzystwem klepnął Nicka raźno w ramię. Nie wydawało mu się to przeszkadzać.
- Nam tego brakowało. Rodzice zapisywali nas na ogromną ilość zajęć poza lekcyjnych, ale w większości szachy, literatura… – odezwała się nagle Emma. Wskazała brodą na Javiera – Gdy Javier miał dziewięć lat wygrał szachowy konkurs stanowy, a potem zajął drugie miejsce w krajowych zawodach juniorów…
- Naprawdę?!
- Nie chwaliłeś się – dodała Alejandra, patrząc na niego pytająco. Javier wyprostował się mimowolnie. Nie lubił mówić o swoim dzieciństwie.
- Nie wspominam tego czasu najlepiej…
- Co ty mówisz? Byłeś championem – żachnęła się Emma, czyniąc przy tym wymowny gest. Bardzo przypominała w tym momencie Rosalio i to sprawiło, że Javier poczuł się jeszcze gorzej.
- Mówisz jakbym był psem wystawowym – mruknął, poprawiając okulary. – Mało spałem, dużo się uczyłem i chodziłem na zajęcia, które mnie nie interesowały. Miałem tyle godzin ćwiczeń z szachami w tygodniu, że przestałem lubić tę grę. Do dziś nie tknął pionka.
- Wtedy Solano był naprawdę kujonem. Raz na miesiąc mógł przyjść do mnie się bawić – przyznał Wayne, krzyżując ręce na piersiach. – Poszliśmy z moimi kolegami pograć w piłkę. Stał jak sierota bo nie wiedział co ze sobą robić…
- Śmiali się ze mnie. Pobiłeś wtedy swojego przyjaciela.
- Myślałem, że jest przyjacielem. Zbił ci okulary. Nie był przyjacielem. Był dupkiem.
- Był.